Systemy, które robią klientów z Google Maps. Reszta jest milczeniem Excela.

LocalSEO

Przewiń

Wyznaję rzecz, której wyznawać się nie godzi: przez dobrych kilka lat wyobrażałem sobie, że tak zwany marketing lokalny jest formą obrzędu — czymś między modlitwą a zaklinaniem deszczu — i że jedyna różnica między agencją skuteczną a nieskuteczną polega na temperaturze, z jaką ta pierwsza zaklina. Myliłem się, wszelako, jak to ja, człowiek z natury skłonny brać metaforę za mechanizm.

Bo Local SEO — godzi się zauważyć — nie jest magią. Jest danymi, procesem i technologią, czyli trzema rzeczami, które magii odmawiają z urzędu.

Cech zaklinaczy deszczu

Większość agencji „robi Local SEO” tak, jak nieboszczyk-stażysta robi kawę: ręcznie, z namaszczeniem i bez większego pojęcia, po co. Logują się na cudzy profil, wrzucają post, odpisują na opinię, a potem — i to jest moment, w którym podziwiam ich konsekwencję — wysyłają raport w Excelu oraz fakturę, przy czym faktura, ex definitione, bywa dokumentem znacznie staranniej dopracowanym niż raport.

My, przyznaję bez fałszywej skromności, robimy inaczej. Budujemy systemy. Zdanie krótkie i — jak na felieton — niemal nieprzyzwoicie konkretne. Łatwiej zresztą zobaczyć je w działaniu, niż o nim czytać. Po to właśnie jest demo, na które się umawiamy.

Zanim cokolwiek

Otóż zanim cokolwiek — bo pośpiech w tej materii jest grzechem, który mści się kwartalnie — staramy się pojąć, czym właściwie jest dany biznes. Kto jest jego klientem idealnym i gdzie ów klient przebywa, gdy nie udaje, że szuka; co robi konkurencja i w którym miejscu zostawiła lukę, przez którą da się wejść; którymi kanałami klient już dziś płynie, zamiast tych, którymi płynąć powinien wedle broszury. Dopiero potem strategia. Strzelanie bez tego to — a propos metafor — zaklinanie deszczu, do którego, jak ustaliliśmy, talentu nie mamy.

Co nas odróżnia od reszty cechu

Zbudowaliśmy własną technologię do zbierania opinii — i piszę „własną” z premedytacją, bo w branży, w której wszyscy wynajmują cudze, posiadanie własnego narzędzia graniczy z ekstrawagancją. Karta NFC, stand, kod QR — klient przykłada telefon i w dziesięć sekund zostawia recenzję, nieproszony, niebłagany, nieszantażowany rabatem. Routing zaś — rzecz subtelna — działa tak, że zadowolony trafia na Google, a niezadowolony do nas, zanim zdąży obwieścić światu swoje rozczarowanie. To nie usługa, którą „świadczymy”. To produkt, który wdrażamy — różnica tej samej natury, co między kucharzem a tym, kto przynosi jedzenie.

Automatyzacja zastępuje u nas robotę ręczną wszędzie tam, gdzie ręka okazuje się gorsza od kodu, a okazuje się nią częściej, niż ręka chciałaby przyznać. Posty są generowane i planowane. Analiza konkurencji to skrypty, które śledzą sąsiadów pilniej, niż sąsiedzi śledzą siebie nawzajem. Nie zatrudniamy nikogo do klikania. Piszemy kod, który klika lepiej i bez urazy.

Integracje — ergo połączenie z CRM-em, kalendarzem wizyt, systemem rezerwacji — służą jednemu: żeby wiedzieć, a nie zgadywać, który kanał przynosi klienta. Zgadywanie zostawiamy wróżkom. My mierzymy. Kto woli zobaczyć to na własnym profilu, a nie na cudzym przykładzie, niech umówi demo — pokażemy, jak ten mechanizm pracuje na żywo.

Warsztat

Na warsztat składają się rzeczy nudne i niezbędne: API Google Business Profile, Search Console, Analytics; własny kod zamiast low-code; i autorska platforma do opinii z panelem, który — mirabile dictu — działa.

Robimy zatem to, co robić wypada. Konfigurujemy profil do ostatniego atrybutu — kategorie, godziny, zdjęcia, usługi — dokładamy schema i spójność NAP w całym internecie, żeby Google przestał się domyślać, czym firma jest, i raczył wiedzieć. Wdrażamy system opinii, sprzęt i oprogramowanie, po którym recenzji bywa trzy do pięciu razy więcej: liczba w skali miesiąca astronomiczna, w skali biznesu zauważalna, w skali konkurencji bolesna. Publikujemy treści pod lokalne frazy — automatycznie tam, gdzie wolno, ludzką ręką tam, gdzie trzeba.

Dla kogo to jest

Dla tych, którzy pojęli, że Local SEO nie jest „wrzucaniem postów”, lecz systemem produkującym klientów: dla klinik i gabinetów, gdzie jeden pacjent waży więcej niż dziesięć kliknięć; dla kancelarii; dla serwisów i detailingu z górnej półki; dla sieci o wielu adresach — słowem, dla każdego, u kogo jeden klient to nie statystyka, ale zdarzenie. Jeśli rozpoznajesz w tym opisie własną firmę, najrozsądniej, co możesz zrobić, to umówić demo i sprawdzić, czy się dogadamy.

Dlaczego nie jak inni

Nie jesteśmy jak inne agencje — i mówię to bez tej dumy, która zwykle takie zdania psuje — z powodu prozaicznego: łączymy marketing z technologią, mamy ludzi od strategii i programistów od kodu, i traktujemy marketing lokalny jako problem do rozwiązania, nie jako rytuał do odprawienia. Płaci się więc u nas za wynik, nie za godziny klikania.

A że — jak mawiał poeta, lub mawiałby, gdyby zajmował się pozycjonowaniem — prawdy najlepiej szukać w jasnym płomieniu, najprościej tę prawdę zobaczyć, niż o niej czytać. Umów demo systemu opinii — pół godziny, bez zaklinania deszczu. Reszta jest milczeniem Excela.